Nie wiem kto i po co je odkrył, ale Nagrody Nobla bym mu za to nie dała. Raczej antynobla. Gdyby nie on – ten wynalazca – ludzkość byłaby pewnie duży krok do przodu. A ja w szczególności. Ale wziął i wymyślił je. Te cholery. Przeszkadzajki!

Czają się wszędzie.

Jak złe duchy jakieś albo chochliki. Mają jeden wspólny cel: stanąć na drodze do realizacji twoich celów. Nieważne jakich: od zdobycia Pulitzera, po umycie zębów. I w tym swoim, jakże nikczemnym w swej istocie, celu, nie zawahają się przybrać postaci najbardziej perfidnych. Mogą wejść w ciało niemowlaka i natchnąć go do koncertowego darcia ryjka. Mogą zainfekować męża, by ten rozdarł swego ryja, albo choćby zapomniał o wspólnych planach i ustaleniach i umówił się z klientem. Włażą nawet w skarpetki, słoiki z kawą (w których nagle jej brak) i komputery.

Cholerne małe przeszkadzajki. O wielkiej mocy.

Od ostatniego porodu nie mogłam się zabrać do ćwiczeń. Jakichkolwiek. Zero aktywności fizycznej, wybiegającej poza jazdę figurową na mopie, czy zabawę w berka na placu zabaw. Zapisałam się, co prawda na jogę, bo brakowało mi zdrowego ruchu, a bolące plecy (ach te nocne karmienia i słodki ciężar dorodnego niemowlaka) i piekący ból w szyi przypominały, że warto. Co z tego, skoro chodziłam raz na dwa tygodnie. Pocieszałam się, że zaczęłam i tyle. Aż wpadłam na ten tekst.  No i tak do mnie ta Alinka przemówiła, szczególnie prostotą rozwiązania: „Od razu zmieniam piżamę na strój do ćwiczeń. Legginsy, top do ćwiczeń i jestem gotowa.”, że postanowiłam też spróbować. Bez wielkich planów i mielenia zamiarów w głowie, po prostu obudziłam się w poniedziałek rano jakoś tak przed wszystkimi, wskoczyłam w sportowe ciuszki i akurat zdążyłam poćwiczyć, zanim z dziecięcej sypialni dobiegło zaspane nieco „mamooo, mleeeeko”.

We wtorek nie było tak łatwo. Zanim się ze wszystkim zebrałam, zrobiła się 10.00. I z ćwiczeń wyszła dupa.

W środę znów wstałam przed siódmą.

I wydawałoby się, że od założenia kapci do odpalenia laptopa z ćwiczeniami nie powinno minąć więcej niż 10 minut, a jednak… zajęło to w sumie z pół godziny i ostatniego „psa z głową w dół” kończyłam z niemowlakiem uczepionym moich włosów. Próbowaliście kiedyś wyjść z tej pozycji, równocześnie wyplątując włosy spomiędzy zaciśniętych paluszków? Nie życzę nikomu. No może kilku najgorszym wrogom, ale o ile jakichś kojarzę, to mają krótkie włosy. Musieliby zapuścić, a jak powiedzieć komuś, że ma zapuścić włosy do zemsty bo jak zapuści, to pokażesz mu, jak ma tego psa z głową w dół, a jak już zrobi, to wczepisz mu niemowlaka? Po pierwsze zapuszczanie długo trwa i niemowlak zdąży już urosnąć. Po drugie, właśnie tego dnia niemowlak pewnie nie chciałby akurat złapać (przecież dzieci tak mają, cholery złośliwe; to tak jak z tym budzeniem się o 6.00 w weekend!). Po trzecie zaś, jak mam wytłumaczyć, że ma zapuszczać i robić psa, bo ja chcę się zemścić za to, że 10 lat temu zajął mi przed nosem miejsce parkingowe?

No, to niemowlak był największą (względem masy i siły paluszków) przeszkadzają tego poranka. Ale bynajmniej pierwszą ani jedyną. Najpierw nie mogłam znaleźć skarpetki. Zwinięte w kłębek kładłam obie obok łóżka wieczorem, a rano już tylko jedna. Trzy minuty szukania. Odpuściłam. Poszłam do szuflady po drugie. Ubrać się. Do toalety. Wypić szklankę wody, bo suszy. Ups. Znów do toalety. Rozłożyć matę, położyć na ławie komputer. Przycisk zasilania… Cholera! Aktualizacja! Przewidywany czas instalacji – 7 minut. No to może chociaż herbatę przez ten czas zaparzę. Zieloną. Zdrowe pobudzenie w zestawie z jogą. Do kuchni. Cholera! Woda nieprzefiltrowana. I nieważne, że przez 36 lat lałam wodę prosto z kranu do czajnika. Jak już mam dzbanek, to muszę filtrować.

Wracam do pokoju. Rzut oka na komputer. Uruchomił się. Super. Odszukuję właściwą kartę w trylionie otwartych zakładek.

Klikam play i… dupa.

Znaczy „nie można odnaleźć serwera”. Aha! Niechcący wyłączyłam sobie wi-fi. Zdarza mi się to ekstremalnie rzadko, a jeśli już, to tylko wtedy, gdy się spieszę lub z jakichś względów zależy mi na czasie. Wi-fi włączone, a ta cholera się nie łączy. Aha, nie ma ósmej, a na noc wyłączamy sieć, żeby trochę mniej walić polem elektromagnetycznym w mózgi śpiących dzieci. Na szczęście mam zapasową kartę w laptopie. Na ogół loguje się do sieci w mniej niż 10 sekund. Ale nie dziś. Miele i miele. Jest! Prostuję się na początku maty w wraz z Gosią Mostowską  biorę pierwszy głęboki wdech, rozciągając rozkosznie całe ciało. I dokładnie w tym momencie z głębi mieszkania dobiega płaczliwe: „Mamoooo! Mleeeeko”. Ha! Byłam na to przygotowana! Przygotowałam butelkę w czasie filtrowania wody. Wracam na matę. Powtarzam wdech i z tym większym zapałem ćwiczę asany. Dopóki do ziemi nie przygniata mnie rzeczywistość w postaci 9,5 kilo małego szczęścia o chwytnych łapkach. Z psa przechodzę w pozycję dziecka i wrzeszcząc „Krzysieeeek, pomocy!” Próbuję rozplątać małe paluszki. Gdy w końcu się to udaje, spoglądam na drugą rączkę. O, brakująca skarpetka…

Nosz kurde, no! Błagam, napiszcie, że nie tylko ja tak mam…

Jutro znów zacznę od nowa…


Udało Ci się dobrnąć do końca! Czyli nie było tak źle? Mam nadzieję, że podobał Ci się post, który dla Ciebie napisałam. Jeśli tak, będzie mi miło, jeśli pozostawisz mi kawałek siebie na pamiątkę 🙂

Możesz to zrobić na kilka sposobów:

  • Zostaw, proszę komentarz. Chętnie poznam Twoje myśli po przeczytaniu posta.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki czemu będziesz zawsze wiedzieć, co się u Novelki dzieje.
  • Tekstem możesz podzielić się ze znajomymi. Śmiało, nie krępuj się! Ja się naprawdę nie obrażę 🙂