/  Blog   /  Novelki   /  Wyjątkowo twardy orzech. cz. VI i ostatnia: „Oby żyli długo…”
Wyjątkowo twardy orzech_wesele

Wyjątkowo twardy orzech. cz. VI i ostatnia: „Oby żyli długo…”

O odnalezionej zgubie, powrocie marynarza marnotrawnego, a także o tym, że żyli długo i namiętnie. Tylko kto z kim?

Zamurowało mnie na moment, przyznaję.

– Beata?! Co ty tu robisz? – wrzasnęłam w bezbrzeżnym zdumieniu – To my ciebie po całym mieście…
– O! A oto Asieńka i Olunia, moje wnusie. Ale widzę, że się znacie z panią Beatką? Pani Beatka od poniedziałku wynajmie u mnie ten pokoik od ogrodu. Wspominałam wam, że szukam kogoś spokojnego i uczciwego. I wyobraźcie sobie, że pani Beatka jest protetyczką. Więc jak dzisiaj rano przyszła obejrzeć pokój i zobaczyła jaki mam problem…

Babcia mówiła dalej, ale ja już nie słuchałam.

Opadłam na najbliższe krzesło, Olka zajęła drugie i wpatrywałyśmy się tępo w obie na zmianę: Beatę, spokojnie popijającą kawę z porcelanowej filiżanki naszej babci oraz właścicielkę filiżanek, błyszczącą kompletnym uśmiechem i chrupiącą kruche ciasteczka. Oniemiały Alfred stał w drzwiach, ale już po chwili został zauważony przez gospodynię i posadzony przy stoliku, poczęstowany kawą. Nawet już nie zwracałam uwagi na promienne uśmiechy babci i porozumiewawcze spojrzenia, którymi mnie częstowała. Ocknęłam się, gdy usłyszałam nagle:
– Ależ oczywiście, że musi pan przyjść na wesele. Najlepiej z Asią. Ona zdaje się idzie sama? Asiu… Asiu!
– Tak, oczywiście. – zdałam sobie nagle sprawę, że to całkiem dobry pomysł; ten dzień trzeba odreagować przy butelce czegoś mocniejszego, a na kuzynkę w tym względzie nie mogłam liczyć jeszcze przez długie miesiące. – Czuj się zaproszony.
Trudno mi jednak było wykrzesać entuzjazm, choć niepostrzeżenie współlokator przestał mnie drażnić. Trzeba przyznać, że okazał się dziś całkiem pomocny.
– Ale dziewczynki, co wy tu właściwie robicie? Ślub za niespełna trzy godziny. Nie powinnyście się szykować? – Na te słowa nestorki zerwałyśmy się jak oparzone. Jej to jednak nie wystarczało. – Potargane jesteście jak nieboskie stworzenia. A ty Joasiu w dodatku taka blada. Jak śmierć wyglądasz. I co się stało z twoją sukienką, Olu? Dziwny wzór, choć przyznaję, że na dzisiejszej modzie nie muszę się znać. Choć, kiedy ostatni raz cię w niej widziałam, to dałabym głowę, że tych dziwnych wzorów na niej nie było. Co to właściwie jest? Ręce?
W połowie babcinej tyrady, Ola poderwała się z krzesła i ruszyła z kopyta do przedpokoju, gdzie obok stolika wisiało wielkie kryształowe lustro. Babci przedpokój był jasny i przestronny, więc bez najmniejszego problemu mogła dokładnie obejrzeć efekty porannego zderzenia z upapranym.
– Skąd to się wzięło – wrzasnęła i rozjuszona ruszyła w moim kierunku.
– No wiesz, nie wiem, czy pamiętasz, ale wpadłaś dziś rano w porcie w silne męskie ramiona…
– Chcesz mi powiedzieć, że chodzę z tym od rana, a ty mi nawet słówka nie powiedziałaś? – obok wściekłości pobrzmiewał teraz żal i, przyznaję, zrobiło mi się głupio.
– No… – Ola jednak nie czekała już na moją odpowiedź. Obrzuciła mnie spojrzeniem pełnym pretensji, wyminęła w przejściu Alfreda i wybiegła z mieszkania.
Alfred zrobił głupią minę, po czym pochylił się do babci i o coś ją zapytał. Ta przytaknęła, podniosła się z gracją z fotela i poprowadziła mojego współlokatora w głąb mieszkania.

Zostałam przez chwilę sama z Beatą.

– Ależ się ciebie naszukałyśmy od rana. – mruknęłam z wyrzutem, jakby czemukolwiek była winna – A ty tu sobie siedzisz i herbatkę pijesz…
– Szukałyście mnie? A po co? Aaa pewnie w sprawie tej protezy. No to szczęśliwy zbieg okoliczności, że tu dziś trafiłam. A gdzie mnie szukałyście przez tyle czasu – zainteresowała się.
Opowiedziałam jej zatem historię poszukiwań. Przerywały mi radosne wybuchy śmiechu. Ucichły jednak nagle, gdy doszłam do opuchniętej facjaty Jurka. Siedziała odtąd zamyślona i nie ożywił jej nawet wątek śpiących marynarzy i podejrzenia, że w sobotnie przedpołudnie zaległa gdzieś w spelunie. Gdy zamilkłam, zapanowała cisza. Dopiero po chwili Beata skierowała na mnie zamyślone spojrzenie.
Mówisz, że opuchnięty i szczękościsk? Pewnie znowu ten ropień. Bolesne paskudztwo. Biedaczek musi cierpieć… – zamrugała szybko powiekami i zbudziła z zamyślenia. – Muszę lecieć. Przecież na wesele się trzeba szykować. A jeszcze mam coś do załatwienia. Cieszę się, że mogłam pomóc i wszystko dobrze się skończyło. Do zobaczenia wieczorem, Asiu. – podniosła się zdecydowanym gestem, zdjęła torebkę z oparcia krzesła i tyle ją widzieli.
Ja zaś poczułam się bardzo znużona. Podniosłam się i zawlokłam do małej gościnnej sypialni, która niegdyś była pokojem Alicji. Padłam na kanapę i nawet nie pamiętałam kiedy zasnęłam.

***

Siedziałam przy stoliku, oglądając taniec młodej pary.

Powinnam pewnie krążyć wśród innych gości weselnych zebranych w wielkie kółko, ale jakoś zabrakło mi sił. I tak cud, że udało mi się dotrzeć na ślub o czasie i to wykąpana, przebrana, a nawet z fryzurą i galowym makijażem. No, ale to wyłącznie dzięki Alfredowi, który w czasie mojej drzemki w babcinej sypialni, dotarł do naszego mieszkania, zdążył sam się wyszykować przed powrotem Izy ze służby, po czym z jej pomocą skompletował przewidziany na wesele strój oraz niezbędne kosmetyki i wrócił z nimi do babci. Kiedy mnie obudzili, czasu zostało tyle, żebym w popłochu pobiegła do wanny. Makijaż nakładałam trzęsącymi się z pośpiechu rękami, ale za to największa ze świnoujskich elegantek, czyli moja rodzona babcia ułożyła mi na głowie prawdziwe cudo, może nawet przyćmiewające fryzurę panny młodej. Teraz w półmroku sali w „Parkowej”, z kieliszkiem „Sowietskoje Igristoje” w dłoni, dochodziłam do siebie po tym obfitującym we wrażenia wszelakie dniu. Dźwięki walca ucichły i zastąpiła je entuzjastyczna owacja dla młodych, po czym rozbrzmiały pierwsze takty „Dzikich plaż”. Na ramieniu poczułam dotyk. Podniosłam głowę, by zobaczyć roześmiane oczy Alfreda i wyciągniętą szarmancko dłoń. Odruchowo odwzajemniłam uśmiech i – choć jeszcze kilka godzin wcześniej nie byłabym w stanie sobie tego wyobrazić – podałam mu rękę. Po chwili kołysaliśmy się na parkiecie wśród innych par. Dostrzegłam wśród nich Olę – w czystej sukience – wtuloną w jej misiowatego męża o chłopięcej urodzie, a także Beatę i nieco mniej opuchniętego Jurka. Zapatrzeni w siebie jak po pierwszej randce, a nie tydzień po zerwaniu.

Nie rozglądałam się już więcej.

Alfred nadspodziewanie dobrze prowadził. Pewnie. Władczo. A ja się poddałam, bo nie miałam wyjścia. Śnieżna biel koszuli, delikatny zapach dobrej wody kolońskiej i dłoń krążąca po moich plecach, odebrały mi wszelką chęć i energię do dyskusji. Lekko oszołomiona pozwoliłam się po prostu prowadzić. Santorka skończyła śpiewać, po niej kolejni artyści rozdzierająco opowiadali o niespełnionej miłości, a ja kołysałam się w ramionach najgorszego ze współlokatorów, czując,
że mogłabym tak do rana. W końcu jednak zostałam odprowadzona do stolika, a mój towarzysz z przepraszającym uśmiechem udał się na zewnątrz. Spojrzałam w stronę drzwi, za którymi zniknął i zdrętwiałam z wrażenia. Stał w nich rosły, ogorzały blondyn o urodzie zachodnich gwiazdorów. Stał i wpatrywał się prosto we mnie. A potem ruszył w moją stronę z tym olśniewającym uśmiechem, za który zawsze i wszystko mu wybaczałam.
– Asiu… – szepnął, nachylając się ku mnie.
– Marcin? – zaskrzeczałam ze zdumieniem. – Przecież nie powinno cię tu być jeszcze przez dobre cztery miesiące?
– Wróciłem do ciebie. Nie mogłem wytrzymać…

Gwiazdorski uśmiech, głębokie spojrzenie
w oczy.

Powinnam się rozpłynąć jak zwykle. I trochę się rozpłynęłam. No bo przecież Marcin wrócił. Dałam się wyciągnąć na parkiet. Zatańczyliśmy. Nie utonęłam jednak w jego ramionach. Ciągle czułam jak stąpam po ziemi. A w zasadzie jak moje obcasy stąpają. A on mówił. Jak mu ciężko było beze mnie. Jak tęsknił. Jak przy pierwszej okazji postanowił opuścić pokład i wrócić do domu. Że zrezygnował z podróży do Chin, choć do pozostania namawiał kapitan, wszyscy oficerowie, koledzy. Choć obiecywali więcej pieniędzy i kusili tajemniczą urodą Chin i filigranowych Chinek, to on nie mógł przestać myśleć o mnie. Przyjemnie się tego słuchało, ale musiałam mu przerwać. A w zasadzie musiał mój pęcherz, obciążony pochłoniętą niedawno butelką „Igristoje”.

Do toalety tuż za mną wparowała Iza.

– Widzę, że wrócił bawidamek i próbuje zająć ponownie utracone terytoria? – zagadnęła zjadliwie przez cienką ściankę dzielącą kabiny – Cokolwiek mówi, nie wierz mu. Razem z nim wrócił Igor. Tylko, że jego nie wywalili. Jego żona za tydzień rodzi i on był umówiony na połowę rejsu.
– Wywalili? Jego nie? A kogo wywalili? – zapytałam ostrożnie.
– Jak to kogo? Tego twojego cud Marcinka. Gwiazdorzył na morzu jak i na lądzie od kiedy tylko wyszli w morze. Ponoć już po tygodniu wszyscy mieli go dość. A po dwóch kapitan zażądał, żeby trzymali go od niego z daleka. Nawet do mycia pokładu się nie nadawał. Zawalał, co się tylko dało. Aż w końcu przesadził i załatwili mu bilet powrotny. Wracał z Igorem. Zostawił tu wszystko, spalił za sobą kilka mostów, a teraz…
– Szuka naiwnych – dokończyłam całkiem trzeźwo. I poczułam ulgę. Zaraz go spławię, fajansa jednego. I pomyśleć, że jeszcze dziś przed południem za nim tęskniłam.

Wyszłam z kabiny równocześnie z Izą.

Umyłam ręce i wyjęłam z torebki pomadkę. Odwróciłam się do niej.
– Dziękuję – powiedziałam dobitnie, żeby wiedziała, że rozumiem. Że zrozumiałam wszystko, co mi powiedziała. Odwróciłam się do wyjścia, ale zatrzymała mnie.
– Joaśka, jak tonęłaś w ramionach Belmondo, to Alfred wyszedł. Powiedział, że nie chce ci przeszkadzać…
Wybiegłam z toalety, przecięłam parkiet, potrącając po drodze kilka rozkołysanych par i wybiegłam na dwór. Nikogo nie było. Przecięłam park w kierunku postoju taksówek. Może pojechał do domu? Pojadę za nim i ściągnę go tutaj. Potknęłam się. W wysokich szpilkach nie biegło się szczególnie wygodnie. Wbiegłam na postój. Na pusty postój. Zupełnie pusty. Cholera! Odwróciłam się zawiedziona. Trudno. Trzeba wracać. Przynajmniej spławię ostatecznie marynarza od siedmiu boleści. Choć szkoda mi się bardzo zrobiło tych pościelowych kołysanek, które mogłam spędzić do rana w ramionach pierwszego w moim życiu faceta, któremu nie podeptałam palców przy pierwszych taktach. Skierowałam się smętnie w drogę powrotną, gdy dogonił mnie cichy śmiech. Spojrzałam w kierunku, z którego dochodził.

Na oparciu ławki na skraju alejki siedział Alfred uzbrojony w najgorszy ze swoich kpiarskich uśmiechów.

Zaciągnął się papierosem, wypuścił dym, po czym drwiącym tonem rzucił w moim kierunku.
– Paniusia uważa, bo tak po nocy na tych obcasach, to krzywdę można sobie zrobić.
– Trenuję bieganie za taksówkami, żeby mieć lepsze efekty w dzień. – wysiliłam się na dowcip, choć zaschło mi w gardle.
– A nie powinna paniusia wspierać się na marynarskim ramieniu? Może to bezpieczniej? – kpił dalej.
– Zdecydowanie nie. – ucięłam – Marynarza pozostawiam falom. Szukam kogoś, kto lepiej tańczy.
– A to być może mogę pomóc. – wyrzucił niedopałek, powoli, jakby z ociąganiem wstał z ławki i niemal kocim ruchem zrobił kilka kroków w moim kierunku.
– Liczę na to… – wyszeptałam i to były ostatnie słowa, jakie dane mi było wypowiedzieć.

To już koniec! Mam nadzieję, że się podobało 🙂 A na pewno przeczytałaś całość? Pozostałe części opowiadania „Wyjątkowo twardy orzech” znajdziesz tu: I, II, III, IV, V.

Właścicielem praw autorskich do ilustracji jest RondellMelling (Pixabay.com)

Udało Ci się dobrnąć do końca! Czyli nie było tak źle? Mam nadzieję, że podobał Ci się post, który dla Ciebie napisałam. Jeśli tak, będzie mi miło, jeśli pozostawisz mi kawałek siebie na pamiątkę 🙂

Możesz to zrobić na kilka sposobów:

  • Zostaw, proszę komentarz. Chętnie poznam Twoje myśli po przeczytaniu posta.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki czemu będziesz zawsze wiedzieć, co się u Novelki dzieje.
  • Tekstem możesz podzielić się ze znajomymi. Śmiało, nie krępuj się! Ja się naprawdę nie obrażę 🙂