Pierwszy, niezbyt głęboki jeszcze sen tej letniej nocy przerwał dzwonek telefonu. 1:24. Wyskakuję z pościeli z nagłym ściskiem w żołądku.. Znajduję słuchawkę i spoglądam na wyświetlacz. Babcia. Tego telefonu bałam się od dawna. Strach zalewa mnie falą zimna.

– Asiu! Asiu… – w słuchawce słyszę jej zapłakany głos. – Z dziadkiem coś się stało. Właśnie pogotowie zabrało go do szpitala.

Uspokajam, zapewniam, że przyjedziemy z samego rana. Rozłączam się i wybucham płaczem. Babcia i Dziadek to najważniejsi dla mnie ludzie. Otrzymałam od nich tak wiele: wsparcia, miłości. Nie wyobrażam sobie świata bez nich, choć wiem, że już niedługo odejdą.
Wczesnym rankiem wchodzę do letniskowego domku nad jeziorem, w którym spędziłam najszczęśliwsze chwile dzieciństwa i tulę moją przerażoną starowinkę. Wzruszenie i lęk dławi słowa w gardle, ale staram się dodać jej otuchy.

Potem ostre światło szpitalnej lampy, a pod nim Edzio. Chudziutkie nadgarstki przypięte paskami do szpitalnego łóżka. Drobniutki, skulony. Mój Dziadzio.

Rozmowa z lekarzem: wylew. Już drugi. Mamy nie robić sobie nadziei. Nawet jeśli przeżyje, to raczej nie będzie chodził i być może nigdy nie odzyska pełnej świadomości. A on majaczy: widzi ludzi na ścianach, coś mu spada z sufitu. Nie poznaje członków rodziny. Ale mnie zawsze. Uśmiecha się radośnie. Rozbrajająco. Po kilku dniach lekarze mówią: zwolniło się miejsce na oddziale rehabilitacji. Mogą go przyjąć. Zrobią, co mogą, ale cudów mamy się nie spodziewać.
Jestem u niego codziennie. Ja, wieczna spóźnialska, dla której 7 rano to świt, wstaję o prawdziwym świcie, do biura wchodzę przed wszystkimi, by przed południem uciec na kilka godzin do sąsiedniej miejscowości, gdzie w szpitalu walczy mój Dziadzio. Jestem u niego codziennie. A lekarze są zdumieni wolą walki i siłą mojego drobnego staruszka. Po trzech tygodniach robi pierwsze kroki.

Po dwóch miesiącach wracamy do domu. Majaki zniknęły. Jest drobniejszy. Nie dyskutuje już o polityce. Ale jest. Uśmiecha się. Drobnymi kroczkami przemierza mieszkanie. Myje naczynia. Obiera ulubione jabłka. Na lato jedzie z babcią na letnisko. A ja odpycham od siebie myśl o tym, że ten telefon zadzwoni do mnie znów. I już nic nie będę mogła zrobić.
Zadzwonił kolejnego lata. Trzeci wylew dopadł Edzia na wymuskanym trawniku w jego ukochanej Jesionce. Inny szpital, to samo ostre światło lamp. Ostatni uścisk dłoni i uśmiech. A rano dźwięk telefonu i rozpaczliwy krzyk babci w sąsiednim pokoju. A ja obok rozpaczy czuję wdzięczność. Za ten rok w prezencie.


Udało Ci się dobrnąć do końca! Czyli nie było tak źle? Mam nadzieję, że podobał Ci się post, który dla Ciebie napisałam. Jeśli tak, będzie mi miło, jeśli pozostawisz mi kawałek siebie na pamiątkę 🙂

Możesz to zrobić na kilka sposobów:

  • Zostaw, proszę komentarz. Chętnie poznam Twoje myśli po przeczytaniu posta.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki czemu będziesz zawsze wiedzieć, co się u Novelki dzieje.
  • Tekstem możesz podzielić się ze znajomymi. Śmiało, nie krępuj się! Ja się naprawdę nie obrażę 🙂