Był sobie mały chłopiec. I była sobie jeszcze mniejsza dziewczynka. A także ich mama. Chłopiec i dziewczynka nie bardzo chcieli jeść wszystko, co mama im dawała. A ona sama stresowała się karmieniem swoich skarbów. Aż przeczytała wywiad z pewnym profesorem, który bardzo jej pomógł mówiąc o czymś oczywistym, o czym rodzice często zapominają.

Zacznijmy jednak od początku.

Mały chłopiec, taki tam sobie zwyczajny niespełna trzylatek jadł nie najgorzej, ale przy wielu daniach wybrzydzał. Najchętniej wybierał słodycze. Jak wielu małych chłopców. Jak wielu małych chłopców nie był zbyt otwarty na próbowanie nowych dań i produktów. Szczególnie tych zdrowych: zielonych, czerwonych i żółtych (no chyba, że chodziłoby o zielone, czerwone i żółte cukierki).

Dziewczynka z kolei… zjadała z talerza to, co jej najbardziej smakowało, zostawiając wszystko inne. Kiedy dostawała na śniadanie kanapkę z serem i pomidorem, najpierw zjadała pomidora. Potem ser. Na koniec zaś zostawał jej sam chleb. A wtedy… robiła awanturę o kolejną porcję sera i pomidora. Mama nie tylko dokładała ser, ale też wszelkich wysiłków, by dziewczynka wraz z nim zjadła potrzebne jej węglowodany ukryte w kromce pachnącego żytniego razowca. Nic z tego. Opchana serem i pomidorami dziewczynka nie zjadała chleba, a krótko po śniadaniu krzyczała, że znów chce jeść.

Przyjrzyjmy się wreszcie mamie.

Mama, jako dziewczynka była tzw. niejadkiem. Jej mama i dziadkowie bardzo się o nią martwili, więc próbowali jej wpychać mleko, zupy i masło. Przy stole spędzała długie, smutne godziny. Zmęczona była cała rodzina z nią na czele. Teraz więc mama była zestresowana, wręcz przerażona perspektywą karmienia małych dzieci. A chciała je karmić zdrowo. Zaczęła kroić kromki na małe kanapeczki i wpychać prosto do dzióbków. Gotowała sosy i zupy pełne drobno pokrojonych warzyw. Pod ser i wędlinę upychała niewidoczne dla dziecięcych oczu cieniutkie plasterki rzodkiewki, ogórka kiszonego, czy posiekaną sałatę. I za każdym razem niemal drżała z napięcia i niepewności, czy jej podstęp się uda i czy wartościowe jedzenie trafi do małych pyszczków i brzuszków. I choć tłumaczyła sobie, że w ten nieco oszukańczy sposób uczy swoje dzieci nowych smaków. Choć pocieszała się, że nie jest jedną z tych mam, które zamiast razowej kanapki z warzywami dają słodki jogurt, białą bułkę, czy słodkie płatki, to jednak nie było jej z tym dobrze. Czuła, że gdzieś obok jest metoda. MUSI być metoda dużo prostsza i skuteczna.

Był też tata.

Tata nie gotował, ale zgadzał się z mamą, że dzieci należy nauczyć jeść zdrowo. Karmił je. Również ukrywał cieniutkie plasterki warzyw pod serem i wędliną. Wpychał w dzióbki małe kanapeczki z ukrytą rzodkiewką. I do szału doprowadzał go widok rozpapranego na talerzu jedzenia.
Pora posiłków nie była w tej rodzinie najfajniejsza.

Aż pewnego dnia…

…przy kawie, mama wertowała jeden z magazynów dla rodziców. Nagle zobaczyła TEN TYTUŁ. Zatrzymała się nad otwartą rozkładówką i zaczęła czytać, czując, że rozwiązanie jest bliżej niż kiedykolwiek. Czytała niemal z wypiekami, pytając siebie w duchu, jakim cudem nie wpadła dotąd na tak oczywiste rozwiązanie! Przeczytała tekst do końca. Zamknęła gazetę i z uśmiechem dopiła kawę. Postanowiła wykorzystać zdobytą wiedzę już przy najbliższym posiłku.
I wiecie co?

Okazało się, że to działa!

Chłopiec zjadł na obiad prawie całą porcję warzyw.
A następnego ranka na śniadanie dziewczynka zjadła calutką kromkę razowego chleba.
Bez krzyku.
Bez awantur.
Bez napięcia.
Tak po prostu.

Chcecie wiedzieć, co przeczytała mama?

To był wywiad z profesorem medycyny, pediatrą. Profesor od góry do dołu skrytykował współczesne matki dostające sraczki na widok nie dojedzonej kanapki i dokarmiające dzieci czymkolwiek, byleby tylko napełniły malutkie żołądeczki.

Tytuł wywiadu brzmiał jakoś tak: „Dziecko musi poznać głód”

Prastare narzędzie ludzkiego organizmu. Mówiące człowiekowi, kiedy powinien jeść.
Nie kiedy rodzice każą.
Ale wtedy, gdy czujemy GŁÓD! I tyle, by ten głód zaspokoić, a nie rozciągać żołądek zbyt dużymi porcjami. A naprawdę głodne dziecko, zje prawie wszystko i to ze smakiem. Jak w baśni Andersena.
I mama bardzo wzięła to sobie do serca. Tata też.
Odtąd dzieci otrzymały prawo do tego, by zgłodnieć przed jedzeniem.
Nauczyły się go domagać.
A kiedy były głodne, jadły.
Latem przed śniadaniem biegały na dworze. I wracały z krzykiem – „Mamooo! Danko! Siadanko!”
Dziewczynka na początek śniadania dostawała kromkę chleba z masłem. A dopiero gdy ją zjadła, na talerzyku lądowały inne dodatki i nieograniczona ilość pomidorów, które tak uwielbiała. Nic dziwnego, skoro dojrzewały na krzaczku w jej własnym ogrodzie. Były pyszne.
Mama odetchnęła.

A Ty? Czy też znasz to stare narzędzie i używasz go na co dzień? Pozwalasz swoim dzieciom poznać jeden z najważniejszych głosów organizmu?

Właścicielem praw autorskich do ilustracji jest vikvarga (Pixabay)

Udało Ci się dobrnąć do końca! Czyli nie było tak źle? Mam nadzieję, że podobał Ci się post, który dla Ciebie napisałam. Jeśli tak, będzie mi miło, jeśli pozostawisz mi kawałek siebie na pamiątkę 🙂

Możesz to zrobić na kilka sposobów:

  • Zostaw, proszę komentarz. Chętnie poznam Twoje myśli po przeczytaniu posta.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki czemu będziesz zawsze wiedzieć, co się u Novelki dzieje.
  • Tekstem możesz podzielić się ze znajomymi. Śmiało, nie krępuj się! Ja się naprawdę nie obrażę 🙂