Często w ciągu dnia staję się strasznie zmęczona. Na ogół na kilka chwil przed wyjściem po dzieci do przedszkola. Absolutnie nie czuję się wtedy na siłach mierzyć z ich żywiołową energią. Najlepiej byłoby się zdrzemnąć, ale z niemowlakiem w domu to raczej trudno. I nie zawsze uda mi się zasnąć w ciągu dnia. Na szczęście znam metodę, która pozwala mi dojść do siebie w mniej niż kwadrans.

Jestem jedną z tych osób, które nazywa się WWO, czyli wysoce wrażliwymi osobami. I już nawet nie chodzi o to, że oczy zachodzą mi łzami nawet przy niektórych reklamach. I nie mogę spać, bo zastanawiam się, czy piesek biegający po osiedlu nie zgubił się przypadkiem i teraz tęskni za swoją rodziną. To też, ale przede wszystkim mój układ nerwowy z większą wrażliwością reaguje na różne bodźce. Dlatego po napisaniu jednego artykułu, czuję się zmęczona, a mózg mi wręcz pulsuje. Odbieranie starszaków z przedszkola i żłobka w towarzystwie niemowlaka w wózku, opłacam nerwowym napięciem i bólem pleców, a już jakieś większe zamieszanie po prostu mnie paraliżuje. I do końca dnia jestem do niczego. W naszej pięcioosobowej rodzinie przeżywam nieraz ciężkie chwile.

W jaki sposób pokonuję popołudniowe zmęczenie w kwadrans i bez drzemki? Nie opuszczając pokoju, spaceruję brzegiem morza. Albo po kojącym zielenią i ptasimi trelami wiosennym lesie. Czasem też wącham i smakuję soczystą pomarańczę. Nieznośny szum w głowie ucisza się, napięcie i zmęczenie ustępują jak po dobrej drzemce. Wracam odświeżona i skoncentrowana. Wiecie jak to się nazywa?

Medytacje

Po to narzędzie sięgałam wielokrotnie, nie zdając sobie jednak do końca sprawy z tego, czym jest. Co więcej, natrząsałam się z niego kiedyś, uważając, że to absolutnie nie dla mnie. Może dla jakichś nawiedzonych, ale JA do NICH nie należę. Medytacje? Dobre dla łysych mnichów w Tybecie! Nie przyszło mi wówczas do głowy, że to, z czego tak się nabijam i co niby takie nie dla mnie, tak bardzo mi pomoże. Mało tego: nie miałam zielonego pojęcia, że używam tego od lat. No cóż.

Nauczka dla mnie: trochę pokory i nigdy nie mów nigdy.

Po raz pierwszy zaczęłam z tego korzystać po pewnych warsztatach z komunikacji interpersonalnej. Prowadzące je psycholożki, zresztą świetne babki, zaproponowały nam taką metodę wyciszenia: zamknąć oczy, w ciszy wyobrazić sobie jakieś piękne miejsce, a następnie przenieść się w nie w fantazji. Wyobrazić sobie światło grające na konarach drzew, usłyszeć śpiew ptaków albo szum morza, poczuć na twarzy wiatr, a w nozdrzach zapach kwiatów (albo schabowego, w zależności od gustu 🙂 ). Inne ćwiczenie polegało na wyobrażeniu sobie jakiegoś przedmiotu i badanie go wszystkimi zmysłami wyobraźni. Wykonuję je do dziś. Oglądam cudną dojrzałą pomarańczę, podziwiam strukturę mięsistej skórki, wącham skórkę, a potem miąższ, czuję jej dotyk, wagę, a nawet smak. Koncentruję się na tym ze wszystkich sił, zatrzymując szaloną gonitwę myśli. Czasem zbliżam się do granicy snu, ale rzadko w niego zapadam. Dziesięć minut spędzone w taki sposób bardzo odświeża. Na początek pomocne będą aplikacje, jak iQi Timer, Headspace, czy polska Intu. Ja bawię się bardziej tradycyjnie, choć w planach mam sięgnięcie po aplikacje. Na razie korzystam z książki i płyty CD.

Praktykowanie uważności

Ponad rok temu, pani psycholog zaproponowała mi przejście przez ośmiotygodniowy program uważności opracowany przez zespół prof. Marka Williamsa. Kupiłam książkę z płytą („Mindfullnes. Trening uważności” Mark Williams,, Danny Penman, Warszawa 2014), włączyłam pierwsze nagranie i… bujałam się z nim przez ponad rok. Poważniejsze podejście powzięłam pod koniec grudnia. Poszło lepiej o tyle, że nie odpuszczam i nawet gdy kilka szalonych dni wytrąci mnie z rytmu, to w końcu wracam i staram się powtarzać ostatnią medytację. Nawiązuję na nowo kontakt ze swoim ciałem. Badam myślami źródła dyskomfortu i bólu. Staram się wyciszać, kiedy w kołowrotku codzienności w pięcioosobowej rodzinie (z psem) czasem wydaje mi się, że zwariuję. Choćby przy karmieniu. Zamiast płynąć z gwałtownym potokiem myśli planujących resztę dnia, zamartwiających się, atakujących sumienie wrednymi przytykami, próbuję wsłuchać się w oddech, poczuć fizycznie małe ciałko wtulone w moją pierś, poczuć dokładnie całe ciało.

Och, jaką to przynosi ulgę

Doświadczenie jest wręcz zabawne. Kiedy bardzo starasz się skupić uwagę na oddechu, odczuciach płynących z ciała, umysł robi, co może, żeby w tym przeszkodzić. Wariuje. Myśli nigdy nie milkną. Atakują ze zdwojoną energią. Wypływają nagle z najbardziej absurdalnymi wątkami. I zabawa polega na tym, żeby je zauważyć, ale potem odsunąć. Zdmuchnąć jak baloniki. Doprowadza to mózg do szału i atakuje artylerią. Ale ja już wiem, że tak działa umysł. Jakby strzelał z armatki. Uczę się odsuwać te myśli, które zaburzają mój rytm. Trudne to jest. Ale jak bardzo pomaga! Napiszę Wam kiedyś o tym więcej. Kiedy tylko uda mi się zakończyć ośmiotygodniowy program. Może za parę lat 🙂


Udało Ci się dobrnąć do końca! Czyli nie było tak źle? Mam nadzieję, że podobał Ci się post, który dla Ciebie napisałam. Jeśli tak, będzie mi miło, jeśli pozostawisz mi kawałek siebie na pamiątkę 🙂

Możesz to zrobić na kilka sposobów:

  • Zostaw, proszę komentarz. Chętnie poznam Twoje myśli po przeczytaniu posta.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki czemu będziesz zawsze wiedzieć, co się u Novelki dzieje.
  • Tekstem możesz podzielić się ze znajomymi. Śmiało, nie krępuj się! Ja się naprawdę nie obrażę 🙂