Macie z czymś tak, że kiedyś, zanim to poznałyście, sądziłyście, że jest cudowne, pyszne i warte uwagi, a posmakowawszy nie rozumiecie zachwytu tłumów? Dla mnie jest to pierś z kurczaka. Jadłam z różnych kuchni, w różnych wykonaniach i była co najwyżej znośna. A jednak pokusiłam się o przygotowanie tej domowej wędlinki.

Jako nastolatka, zaczytywałam się w powieściach Lucy Maud Montgomery.

Wszystkie części sagi o Ani, ale także te o Emilce, Historynce i mnóstwo innych jej powieści, czytałam po kilkanaście razy albo i więcej. I zostało mi z tych lektur w głowie trochę „smaczków”, które czasem się przypominają. Jak np. zdejmowanie śmietanki z mleka, o czym myślę zawsze, kiedy sama ją zdejmuję w Ranczo Chocicz. Innym akcentem kulinarnym na zawsze skojarzonym z „Emilką ze Srebrnego Nowiu” jest „białe mięso z kurczaka”, o którym bohaterka cicho marzyła przy obiedzie i nigdy nie dostawała. Kiedy dorosłam, zrozumiałam, że chodziło o pierś, na którą moda panuje u nas jakoś od lat 90′.

I przysięgam, że ja tej mody nie rozumiem.

Przynajmniej w aspekcie smakowym. Dla mnie jest bez smaku, sucha i włóknista. Nieważne jak i przez kogo przygotowywana. Kiedy słyszę sformułowanie „soczysta pierś z kurczaka”, prycham ironicznie. Jedyną częścią tego biednego ptaka, (szprycowanego na ogół antybiotykami i tanią paszą) jest dla mnie tylna ćwiartka. Kiedy jeszcze kupowałam drób w sklepach, czyli zanim dowiedziałam się i zrozumiałam, że marketowe kurczaki to wcale nie takie zdrowe mięso, kupowałam filety z podudzia. I one są soczyste, miękkie i doskonale poddają się wszelakiej obróbce. Pierś gości u nas rzadko, kiedy mamy dobrą swojską kurę lub brojlera od teściowej. I wtedy karmię nią dzieci, bo wiem, że zdrowa. A zdrowa kuchnia to mój priorytet. Szukając, jednak pomysłów na zdrowe dodatki do pieczywa, znalazłam jednak ten przepis na wolno gotowaną wędlinkę, który przekonał mnie do zmiany nastawienia i spróbowania czegoś nowego.

Zawędrowałam więc do Lidla, bo tam ponoć z wolnego chowu bez GMO i antybiotyków i kupiłam dwie pojedyncze piersi.
No to do roboty.

I się zaczęło!

Jak zwykle, kiedy Novelka wlezie do kuchni, cuda wychodzą. I choć efekt końcowy na ogół pyszniasty, to po drodze zawsze coś. Na początek przeczytałam przepis, jednym okiem, oganiając się od dzieci. Potem zabrałam się za przygotowanie mięsa, zanim przeczytałam go po raz kolejny. I zamiast ugotować solankę z ziołami i przyprawami, ostudzić i namoczyć w nich piersi, ja… wsypałam do miski sól, zalałam wodą, wrzuciłam te cycki nieszczęsne i wstawiłam do lodówki. Pamiętając jednakże, że gdzieś tam przygotowuje się aromatyczną zalewę z czosnkiem i ziołami, zagotowałam ją, zastanawiając się, jak przez tę folię te smaki przelezą. I wtedy coś mnie tknęło: „eee, yyy, no bez sensu, Novelka, weź ty się ogarnij i przeczytaj ten przepis”. No i przeczytałam. I właśnie solanka stygnie, cycki leżą w misce i zastanawiają się o co chodzi, a ja otworzyłam kompa, celem wylania żali na własną błyskotliwość, coby się jutro z wami podzielić.

Przerwa w gotowaniu trochę potrwała, bo pora była, by po dzieci pójść.

W sam raz, żeby solanka właściwa, czyli z ziołami ostygła. No to teraz po wstępie przydługim i głupawym, czas na mięso 🙂

1. Do garnka wlewamy litr wody, dodajemy łyżkę soli i ulubione przyprawy. U mnie to był pieprz ziarnisty, ziele liść laurowy, kilka ząbków czosnku i tymianek. Zagotowuje się toto, a następnie studzi.
2. Cycki w międzyczasie tak zwanym, dzielimy na pojedyncze piersi, dokładnie myjemy, wycinamy co tam trza, a potem wrzucamy do tej ostudzonej zioło-solanki i na kilka godzin do lodówy z nimi. Muszą być zakryte zalewą.
3. Po kilku godzinach, wyciągamy je z zalewy, osuszamy dokładnie i każdą pojedynczą pierś z osobna, zawijamy jak cukierki w folię spożywczą. Końce trzeba dokładnie zawiązać. Z tym punktem mam problem, bo gotowanie folii raczej słabo do mnie przemawia, więc związałam cycek sznurkiem, owinęłam w folię do pieczenia, czyli stworzoną do wysokich temperatur i dopiero w spożywczą.
4. Zawinięte towarzystwo do gara z dużą ilością wody, doprowadzić powolutku do wrzenia, a potem bez pokrywki niech to sobie pyka na jak najmniejszym płomieniu w temperaturze 78-85 st. C przez 1,5 godziny.
5. Stygnie w zalewie, a jak już ostygnie, rozwijamy i na chlebek.

Roboty z tym zbyt wiele nie było. Nic skomlikowanego, poza tym, że znów odczułam dotkliwy brak Babuni, która zawsze miała w kuchni folie spożywczą i pilnowała jej zakupu. Zerwałam się dziś rano z łóżka i biegiem do tego garnka. Wyjęłam, rozwinęłam i początkowo się zachwyciłam, takie zgrabniutkie to wyszło. Ale kiedy spróbowałam, ochłonęłam. Smakuje… jak pierś. Czyli wielu by pewnie zachwyciła, a dla mnie jak wszystko, co z piersi jest wiórowata. Taki już ze mnie typ, że wolę golonkę. Ale dzięki mężowi, zjemy i może nawet ugotuję jeszcze – zrobił z nimi tosty z opiekacza. W ich wnętrzu, w towarzystwie rozgrzanego sera, pomidora i cebuli nie przeszkadza, że nie mają smaku 🙂

Skutecznie Was zniechęciłam? Dobrze, że to nie blog kulinarny, bo kariery bym nie zrobiła…


Udało Ci się dobrnąć do końca! Czyli nie było tak źle? Mam nadzieję, że podobał Ci się post, który dla Ciebie napisałam. Jeśli tak, będzie mi miło, jeśli pozostawisz mi kawałek siebie na pamiątkę 🙂

Możesz to zrobić na kilka sposobów:

  • Zostaw, proszę komentarz. Chętnie poznam Twoje myśli po przeczytaniu posta.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki czemu będziesz zawsze wiedzieć, co się u Novelki dzieje.
  • Tekstem możesz podzielić się ze znajomymi. Śmiało, nie krępuj się! Ja się naprawdę nie obrażę 🙂