Mam ostatnio kiepski czas. Przednówek zawsze jest dla mnie trudny, a z zarwanymi przez niemowlaka nocami – podwójnie. Rozgrzebane teksty, do których zabrakło weny. Zaspane poranki, wymęczone popołudnia. Próby realizowania planów spełzają na niczym. Zamiast tracić czas na zmuszanie się, postanowiłam zrobić coś dla przyjemności. Coś całkiem innego. I to działa!

Są sprawy, które załatwić trzeba

Na przykład rekrutacja do żłobka i przedszkola nie da się odłożyć. A co do innych spraw… Spojrzałam w przeładowany kalendarz. W całą listę zadań, które planowałam zrealizować z niemowlakiem na ręku. W spis tematów, które chciałabym poruszyć na blogu, a do których nagle zupełnie nie wiedziałam jak się zabrać. I skrzydełka mi opadły. I właśnie wtedy do pokoju wpadł Tygrys z pudełkiem ciastoliny. A mnie olśniło. Jeszcze rok temu pewnie próbowałabym walczyć. Realizować wszystkie narzucone sobie samej plany i zobowiązania. Dziś odpuściłam. Bo po co mam spalić dobry temat, męcząc go i zabijając poczuciem obowiązku? Temat powinien mknąć chyżo na skrzydłach weny, lekki i zgrabny, a nie staczać się jak głaz, miażdżąc mnie, Syzyfkę po drodze. Postanowiłam wziąć przykład z moich dzieci. One robią dokładnie to, na co mają ochotę. Prawie cały czas! I codziennie coś tworzą. To może ja mogę przez kilka chwil dziennie? Na etacie bym tak nie mogła. Na macierzyńskim mogę 🙂

Wytargałam spod regału paczkę ziemi

Z parapetów zebrałam puste doniczki, a mężowi powierzyłam misję zahaczenia o hurtownię ogrodniczą. Stamtąd przyjechały do mnie wykiełkowane cebulki narcyzów i hiacyntów. Tulipanów, niestety nie mieli.
Kiedy wiosenne ogródki stanęły na parapetach, w oczekiwaniu na kwitnienie, wzięłam do ręki sznurek i osłonkę na doniczkę. Zawiązanie kilku supełków zgodnie ze wskazówkami z internetowego poradnika (tego poradnika. Skoro skorzystałam, wypadałoby podziękować, choćby udostępnieniem linka 🙂 ) zajęło raptem kilka minut. Kolejne dwa dni – namawianie męża, żeby kupił odpowiednie haki i przyniósł udarówkę z piwnicy. Udało się. Całkiem ładnie się udało, jak na takie dwie lewe łapy 🙂
A potem (a może przedtem?) chwyciłam w rękę kredę i na tablicowej ścianie w przedpokoju wymalowałam to, za czym najbardziej tęsknię. Ukwieconą łąkę. I pal diabli, że żaden ze mnie Monet. Poczułam się z tym świetnie. I ściana mi się podoba.
W weekend pogrzebałam w ogródku i zrobiłam kilka wiosennych zdjęć. Czy ładnych? A czy fotki rozkwitających krokusów i malutkich, napęczniałych pączków pigwowca mogą nie być ładne?
A na koniec ochrzciłam nowo kupiony szynkowar, robiąc w nim mielonkę wieprzową na kanapki. I ugotowałam tak pyszny krupnik, że sama sobie biorę dokładki, a wielbicielką krupniku nie jestem.

I po prawie tygodniu takiego detoksu, usiadłam dziś do komputera. Jest nieco lepiej 🙂

Po co was zanudzam takimi pierdołami?

Bo może też macie gorszy czas. Taki przednówkowy. To ja Was proszę, zróbcie coś miłego. I coś całkiem innego. I stwórzcie coś własnoręcznie. Pójdźcie na spacer bez telefonu, za to z aparatem. To działa cuda. I robi lepiej, kiedy poczujesz się przez chwilę twórcą.

Bo choć kupić można wszystko – po to przecież pracujemy i zarabiamy, żeby móc sobie różne rzeczy kupować – czasem warto coś zrobić samodzielnie. Coś zupełnie nie z naszej bajki. Ot tak, bo mamy chęć. Jak dzieci. Bądźmy dziećmi na wiosnę!


Udało Ci się dobrnąć do końca! Czyli nie było tak źle? Mam nadzieję, że podobał Ci się post, który dla Ciebie napisałam. Jeśli tak, będzie mi miło, jeśli pozostawisz mi kawałek siebie na pamiątkę 🙂

Możesz to zrobić na kilka sposobów:

  • Zostaw, proszę komentarz. Chętnie poznam Twoje myśli po przeczytaniu posta.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki czemu będziesz zawsze wiedzieć, co się u Novelki dzieje.
  • Tekstem możesz podzielić się ze znajomymi. Śmiało, nie krępuj się! Ja się naprawdę nie obrażę 🙂